wtorek, 10 grudnia 2013
"Taniec z aniołem" Ake Edwardson
Tytuł oryginału: "Dans med en angel"
Moda na skandynawskie powieści kryminalne nadal trwa. Mroczne, pełne półcieni, niewyjaśnionych okoliczności, z bohaterami o skomplikowanej osobowości. Niestety, ilość książek z tamtego rejonu, które ukazują się na naszym rynku, nie przeszła w jakość. Z każdą przeczytaną pozycją uważam, że jest gorzej. A może miałam po prostu pecha i sięgnęłam po książki niereprezentatywne ?
W pokoju hotelowym w Londynie został zamordowany młody chłopak pochodzący ze Szwecji. Śledztwo prowadzone przez komisarza Macdonalda wykazuje, że zbrodnia ta miała nietypowy przebieg, a mordercy należy szukać gdzieś w półświatku. Równocześnie w Goteborgu dochodzi do podobnego morderstwa, którego ofiarą pada młody Anglik. Oficer prowadzący to dochodzenie, Eryk Winter, nawiązuje kontakt ze swym angielskim kolegą. Współpraca ta ma zaowocować ( i zaowocuje ) znalezieniem mordercy. Oto główna treść książki. Reszta to niekończące się dywagacje poszczególnych bohaterów na bliżej nieokreślone i najczęściej nie mające nic wspólnego z akcją książki tematy.
Czytając tę książkę zastanawiałam się, za co Szwedzka Akademia Kryminału przyznała temu pisarzowi swą nagrodę? Czegoś w tej książce musieli się dopatrzeć, czegoś, co mi umknęło.
Przez pierwsze rozdziały myliły mi się morderstwa, miejsca akcji i bohaterowie. Kompletnie powyginane językowo dialogi sprawiały, że aby je zrozumieć należało się, najczęściej, cofnąć o kilka stron. Zresztą wpadek językowych jest w tej pozycji więcej. Oto przykład jednej z nich: "Tylko nieprawdopodobne wycie ścian i podłogi docierał do Wintera, rzucał się na niego". Wielokrotnie czytałam tekst przed i za tym zdaniem usiłując dociec kto się rzucał i docierał, aż w końcu to do mnie dotarło, że to wycie ścian docierało i rzucało się na Wintera. Podobnych błędów jest dużo, dużo więcej. I o ile te pomyłki można przypisać niestarannej korekcie to umieszczenie w tekście zwrotów, że: "ktoś jeździł po mieście z ułańską fantazją" lub "Ada to nie wypada" uważam za pójście przez tłumacza na łatwiznę. Polski czytelnik nie jest idiotą i chce tekst, który jest jak najbliższy oryginałowi, a nie dowolną projekcję tłumacza. Jednym słowem czterysta stron nudy.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
"Tajemnice Warszawy z lat 1822 - 1830" Karolina Beylin
Lata tuż przed powstaniem listopadowym. Choć przygnieciona rozbiorami to jednak tli się iskra polskości w narodzie, a jej głównym źródłem jest Warszawa. To tu właśnie związują się nowe organizacje mające na celu walkę z caratem, tu stare związki patriotyczne mają swe zakonspirowane siedziby. Warszawa to centrum ruchu narodowo - wyzwoleńczego. Nic więc dziwnego, że głęboko skrywa swe liczne małe i wielkie tajemnice. Autorka spróbuje odsłonić przed nami choć część z nich i zabrać nas do miejsc, które już dawno odeszły.
Prezentowana książka nie ma zapisu chronologicznego. Często w swych opowieściach autorka cofa się w czasie lub opowiada o tych samych wydarzeniach z różnych punków widzenia. Jakie to więc historie możemy odkryć tym razem?
Książka rozpoczyna się od tragicznej historii majora Łukasińskiego, który za udział w działalności spiskowej został zdegradowany i skazany na dziesięć lat ciężkiego więzienia. Potem na chwilę zajmie nas rzekomy romans pana Newachowicza z jedną ze znanych aktorek, na chwilę wpadniemy także w odwiedziny do wielkiego księcia Konstantego, a namiestnikowa Zajączek zdradzi nam sekret wiecznej młodości. Poruszy nas prześladowanie przez kolegów młodego Zygmunta Krasińskiego i ciężki los oraz tragiczny koniec znanego ( teraz ) malarza Malczewskiego. Odkryją przed nami swe sekrety praskie szynki, i drzwi salonów staną otworem. A główny szpieg Mackrott przedstawi nam swe raporty.
Wszystkie te historie mają jedną zaletę. To nie są tylko suche opowieść oparte na biograficznych faktach. Autorka tworzy historię w sposób tak plastyczny, że ma się nieomal wrażenie współuczestnictwa w wydarzeniach. A wszyscy bohaterowie stają się nam bliscy jak sąsiedzi zza ściany. Nic, tylko czytać.
Prezentowana książka nie ma zapisu chronologicznego. Często w swych opowieściach autorka cofa się w czasie lub opowiada o tych samych wydarzeniach z różnych punków widzenia. Jakie to więc historie możemy odkryć tym razem?
Książka rozpoczyna się od tragicznej historii majora Łukasińskiego, który za udział w działalności spiskowej został zdegradowany i skazany na dziesięć lat ciężkiego więzienia. Potem na chwilę zajmie nas rzekomy romans pana Newachowicza z jedną ze znanych aktorek, na chwilę wpadniemy także w odwiedziny do wielkiego księcia Konstantego, a namiestnikowa Zajączek zdradzi nam sekret wiecznej młodości. Poruszy nas prześladowanie przez kolegów młodego Zygmunta Krasińskiego i ciężki los oraz tragiczny koniec znanego ( teraz ) malarza Malczewskiego. Odkryją przed nami swe sekrety praskie szynki, i drzwi salonów staną otworem. A główny szpieg Mackrott przedstawi nam swe raporty.
Wszystkie te historie mają jedną zaletę. To nie są tylko suche opowieść oparte na biograficznych faktach. Autorka tworzy historię w sposób tak plastyczny, że ma się nieomal wrażenie współuczestnictwa w wydarzeniach. A wszyscy bohaterowie stają się nam bliscy jak sąsiedzi zza ściany. Nic, tylko czytać.
wtorek, 26 listopada 2013
"Pamiętnik" Maria Wołkońska
Tytuł oryginału: "Zapiski Kniagini M.N. Wołkonskoj"
Mamy wiele wiadomości o naszych polskich zesłańcach do syberyjskich łagrów czy kopalń. Do naszych czasów przetrwało dużo wspomnień, relacji, zapisków. Czytając je współczujemy uwięzionym, przeżywamy ich dramatyczne los, przeklinamy tych, którzy skazali naszych rodaków na taki los. Rzadko jednak dociera do nas fakt, że na Syberię trafiali nie tylko Polacy. Często trafiali tam i Rosjanie, także z tych najwyższych warstw społecznych;, bogaci, spokrewnieni i ustosunkowani, ale walczący przeciw carowi. Przykładem takiego człowieka może być mąż autorki pamiętnika, Sergiusz Wołkoński, który dla osiągnięcia celu bez wahania poświęcił wszystko.
A oto przed nami debiut, a zarazem jedyna książka napisana przez księżnę Marię Wołkońską, a przetłumaczona z francuskiego na rosyjski (!) przez jej syna. Stanowi zapis wspomnień z okresu dobrowolnego zesłania Marii do kopalni błagodackiej, Irkucka i Czyty. Jak do tego doszło?
Maria, urodzona w 1812 r. była córką generała Mikołaja Rajewskiego. Jej dzieciństwo można zaliczyć do szczęśliwych, choć zdominowane było przez ojca, który decydował o każdym szczególe życia swych dzieci. Rajewscy prowadzili dom otwarty, dzięki temu Maria miała możność poznać m.in Puszkina, dla którego stała się natchnieniem pierwszych wierszy i długo skrywaną miłością. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku Maria została wydana przez ojca za księcia Sergiusza Wołkońskiego. W ten sposób weszła w świat arystokracji rosyjskiej. Wychodząc za mąż nie kochała swojego męża, ale oczekiwała od niego akceptacji, zrozumienia, a może i miłości. Niestety, mąż okazał się zamkniętym w sobie ponurakiem. Nic więc dziwnego, że Maria zaczęła się od niego odsuwać. Nie znalazła zrozumienia także w rodzinie męża. Dopiero aresztowanie Wołkońskiego i zesłanie go spowodowało zmianę. Dotychczasową oschłość męża Maria wytłumaczyła sobie działalnością konspiracyjną i koniecznością zachowania tajemnicy. Teraz była gotowa poświęcić dla niego wszytko i walczyć o wspólne szczęście nawet gdzieś tam, na dalekich kresach Imperium Rosyjskiego. Bez wahania pozostawiła u rodziny jedynego synka (którego nigdy więcej nie zobaczyła), podpisała dokument, na mocy którego zrzekała się przynależności do własnego stanu i wyruszyła za mężem na wschód.
"Pamiętnik" został napisany na prośbę syna Marii i nigdy nie miał być prezentowany publicznie. Wspomnienia te zostały dopasowane przez autorkę do oczu i uszu kolejnych pokoleń, które na ich podstawie miały wyrobić sobie obraz babci/ prababci, jak kobiety prawej, dzielnie znoszącej trudy zesłania. Tymczasem z relacji innych zesłańców wyłania się odmienny obraz Marii. Często przedstawiana jest jako osoba oschła, wyniosła, nawet bezwzględna. Spory cień na jej wizerunek rzuca również długotrwały romans z Aleksandrem Poggio, przyjacielem męża, z którym miała dwoje dzieci, uznanych przez Wolkońskiego. Równocześnie wiemy jednak, że pomagała innym zesłańcom, wspierała w miarę możliwości, ich rodziny i cierpliwie znosiła dziwactwa coraz starszego męża.
Jaka więc była Maria? Odpowiedzi na to pytanie możemy poszukać w "Pamiętniku".
czwartek, 21 listopada 2013
"Prowincja pełna słońca" Katarzyna Enerlich
Większość z nas zna letnie Mazury, pełne słońca odbitego w wodach jezior, wiatru popychającego żaglówki, turystów, szumu i gwaru. Część z nas zna Mazury jesienne z lasami pełnymi grzybów, orzechów i opadłych liści. Ale tylko nieliczni z nas mieli okazję spędzić na Mazurach późną jesień z nagle zapadłą ciszą, mgłą unoszącą się nad jeziorami, błotem i nieprzejezdnymi leśnymi duktami. A przecież dopiero w długie, jesienne wieczory jest czas na opowieści o ludziach, którzy kiedyś tu żyli i pracowali. Katarzyna Enerlich po raz kolejny zabiera nas w podróż w czasie do dawnych, tym razem jesiennych, Mazur.
Ludmiła Gold, to już nie zagubiona dziewczyna szukająca swojego miejsca w życie, ale także już nie szczęśliwa mężatka budująca wraz z mężem ukochany dom. Tym razem to kobieta pozostawiona, zmuszona przez okoliczności do ponownego startu. Jej były mąż, Martin, wybrał życie z inną kobietą. Sytuacja finansowa Ludmiły nie jest zbyt wesoła. Kredyt zaciągnięty na budowę domu dusi, inne rachunki czekają na opłacenie a sprzedaż rękodzieła nie jest zbyt opłacalna. W małej mazurskiej wiosce trudno o dodatkowe źródło zarobkowania, żyć jednak z czegoś trzeba. Ludmiła podejmuje więc trudną decyzję, pozostawia swoją małą córeczkę z Hanką, a sama wyjeżdża do pracy do Włoch. W pensjonacie w Gatteo pracuje jako sprzątaczka, a przy okazji zaprzyjaźnia się z większością personelu. Wśród nich jest Amina, uciekinierka z Maroko. Jej tragiczna historia sprawia, że Ludmiła wraz ze swoją włoską szefową postanawia ukryć Aminę w małe leśniczówce w mazurskiej głuszy. Razem wracają do Polski, do domu, gdzie na Ludmiłę czeka nie tylko Zosia.......
Jak wszystkie książki tej autorki i ta przepojona jest niezwykła magią, ukrytą w opowieściach o mazurskiej przyrodzie, historii ukrytej pod każdym kamieniem i ludziach, którzy tę historię tworzyli, a których powikłane losy mają swe odbicie w bohaterach książki. A wszytko dodatkowo wzbogacone przepięknym zdjęciami. Nic tylko czytać i zachwycać się.
Ludmiła Gold, to już nie zagubiona dziewczyna szukająca swojego miejsca w życie, ale także już nie szczęśliwa mężatka budująca wraz z mężem ukochany dom. Tym razem to kobieta pozostawiona, zmuszona przez okoliczności do ponownego startu. Jej były mąż, Martin, wybrał życie z inną kobietą. Sytuacja finansowa Ludmiły nie jest zbyt wesoła. Kredyt zaciągnięty na budowę domu dusi, inne rachunki czekają na opłacenie a sprzedaż rękodzieła nie jest zbyt opłacalna. W małej mazurskiej wiosce trudno o dodatkowe źródło zarobkowania, żyć jednak z czegoś trzeba. Ludmiła podejmuje więc trudną decyzję, pozostawia swoją małą córeczkę z Hanką, a sama wyjeżdża do pracy do Włoch. W pensjonacie w Gatteo pracuje jako sprzątaczka, a przy okazji zaprzyjaźnia się z większością personelu. Wśród nich jest Amina, uciekinierka z Maroko. Jej tragiczna historia sprawia, że Ludmiła wraz ze swoją włoską szefową postanawia ukryć Aminę w małe leśniczówce w mazurskiej głuszy. Razem wracają do Polski, do domu, gdzie na Ludmiłę czeka nie tylko Zosia.......
Jak wszystkie książki tej autorki i ta przepojona jest niezwykła magią, ukrytą w opowieściach o mazurskiej przyrodzie, historii ukrytej pod każdym kamieniem i ludziach, którzy tę historię tworzyli, a których powikłane losy mają swe odbicie w bohaterach książki. A wszytko dodatkowo wzbogacone przepięknym zdjęciami. Nic tylko czytać i zachwycać się.
środa, 20 listopada 2013
"Orędzie. Tajemnica przyszłości" Robert T. Preys
Lubię książki o kosmitach. I filmy też. Zwłaszcza te o inwazji na Ziemię. Zawsze zastanawiam się, jak bujną wyobraźnię ma autor, który potrafi stworzyć takie historię. Niestety, w omawianym przypadku wyobraźnia autora przekroczyła najdalsze nawet granice, co zaowocowało dziełem niezbyt wysokich lotów.
Pewnego dnia na ekranach telewizorów pojawia się program sprzed dwóch lat. Początkowo wszyscy zakładają, że jest to jakaś awaria nadajników i z kosmosu powracają przypadkowo wysłane tam fale telewizyjne. Przekazu tego nie można w żaden sposób zablokować. Można tylko patrzeć. Wkrótce jednak emitowane audycje zmieniają swój charakter. Pokazują Ziemianom widoki dziwnej różowo - pomarańczowej planety, innowacyjnych rozwiązań technologicznych, do których ludzkość dojdzie dopiero za kilka lat. Niemożliwe stało się faktem: gdzieś tam, w kosmosie, są istoty rozumne, które nawiązały z nami kontakt. Do pierwszego spotkania jest już blisko. Najpierw jednak na Ziemię przyleci specjalna grupa obcych, która przygotuje pierwszą oficjalną wizytę Onijanów. Miłe złego początki. Oczywiście zostajemy przez nich wystawieni do wiatru, a sami Onijanie nie są tak pokojowo nastawieni, jakby się początkowo wydawało. Równocześnie Chiny, wraz ze sprzymierzeńcami, zaczynają wprowadzać własne rządy, usiłując podporządkować sobie kogo się da. Zrozumiałe jest więc, że wybucha wielka wojna, w której wszyscy walczą ze wszystkimi, a straty są ogromne. W końcu jednak dzięki wiodącej roli Polski (sic !) zostaje podpisany traktat pokojowy. W tle mamy jeszcze: historię miłosną Ziemianina i Onijanki, tajemniczego Alexa, będącego nie wiadomo kim i wykonującego rozliczne zadania, a w przerwach pomiędzy nimi wpadającego do domu na chwilę przytulania z żoną; dziwne wybuchy jądrowe w niemieckich miastach; kuchenki mikrofalowe niszczące Detroit; ojca Pio odwiedzającego chorych w szpitalu; biskupa będącego prezydentem Polski; sztormy i huragany; topniejący lód i onijańskie fabryki przetwarzania ludzi.
Uffff, autora poniosła wyobraźnia. Jak do barszczu wrzucimy zbyt dużo grzybów, to wyjdzie nam kiepska grzybowa, a nie dobry barszcz. Trzymając się wiec porównań kulinarnych: autorowi wyszedł groch z kapustą (niezbyt udany zresztą). Pomysł dobry, ale cała reszta kompletnie nie do przyjęcia. Zbyt wiele postaci, nadmiar wątków i wydarzeń pobocznych, niespójna koncepcja czasowo - przestrzenna sprawiają, że po przeczytaniu dwustu stron czytelnik nie wie już kto z kim i dlaczego. Zadziwia umieszczenie w jednym rozdziale różnych wątków, dziejących się w innych miejscach, latach i dotyczących różnych postaci, bez widocznego dla czytelnika przejścia. Kiepska redakcja książki (błędy ortograficzne) dodatkowo utrudnia czytanie.
"Wojna światów" Wellsa liczy sto stron i weszła do kanonu literatury sf, siedmiusetstronnicowe "Orędzie" na pewno tam nie trafi. Tylko dla upartych fanów gatunku.
Pewnego dnia na ekranach telewizorów pojawia się program sprzed dwóch lat. Początkowo wszyscy zakładają, że jest to jakaś awaria nadajników i z kosmosu powracają przypadkowo wysłane tam fale telewizyjne. Przekazu tego nie można w żaden sposób zablokować. Można tylko patrzeć. Wkrótce jednak emitowane audycje zmieniają swój charakter. Pokazują Ziemianom widoki dziwnej różowo - pomarańczowej planety, innowacyjnych rozwiązań technologicznych, do których ludzkość dojdzie dopiero za kilka lat. Niemożliwe stało się faktem: gdzieś tam, w kosmosie, są istoty rozumne, które nawiązały z nami kontakt. Do pierwszego spotkania jest już blisko. Najpierw jednak na Ziemię przyleci specjalna grupa obcych, która przygotuje pierwszą oficjalną wizytę Onijanów. Miłe złego początki. Oczywiście zostajemy przez nich wystawieni do wiatru, a sami Onijanie nie są tak pokojowo nastawieni, jakby się początkowo wydawało. Równocześnie Chiny, wraz ze sprzymierzeńcami, zaczynają wprowadzać własne rządy, usiłując podporządkować sobie kogo się da. Zrozumiałe jest więc, że wybucha wielka wojna, w której wszyscy walczą ze wszystkimi, a straty są ogromne. W końcu jednak dzięki wiodącej roli Polski (sic !) zostaje podpisany traktat pokojowy. W tle mamy jeszcze: historię miłosną Ziemianina i Onijanki, tajemniczego Alexa, będącego nie wiadomo kim i wykonującego rozliczne zadania, a w przerwach pomiędzy nimi wpadającego do domu na chwilę przytulania z żoną; dziwne wybuchy jądrowe w niemieckich miastach; kuchenki mikrofalowe niszczące Detroit; ojca Pio odwiedzającego chorych w szpitalu; biskupa będącego prezydentem Polski; sztormy i huragany; topniejący lód i onijańskie fabryki przetwarzania ludzi.
Uffff, autora poniosła wyobraźnia. Jak do barszczu wrzucimy zbyt dużo grzybów, to wyjdzie nam kiepska grzybowa, a nie dobry barszcz. Trzymając się wiec porównań kulinarnych: autorowi wyszedł groch z kapustą (niezbyt udany zresztą). Pomysł dobry, ale cała reszta kompletnie nie do przyjęcia. Zbyt wiele postaci, nadmiar wątków i wydarzeń pobocznych, niespójna koncepcja czasowo - przestrzenna sprawiają, że po przeczytaniu dwustu stron czytelnik nie wie już kto z kim i dlaczego. Zadziwia umieszczenie w jednym rozdziale różnych wątków, dziejących się w innych miejscach, latach i dotyczących różnych postaci, bez widocznego dla czytelnika przejścia. Kiepska redakcja książki (błędy ortograficzne) dodatkowo utrudnia czytanie.
"Wojna światów" Wellsa liczy sto stron i weszła do kanonu literatury sf, siedmiusetstronnicowe "Orędzie" na pewno tam nie trafi. Tylko dla upartych fanów gatunku.
środa, 6 listopada 2013
"Anastazja" Peter Kurth
Tytuł oryginału: "Anastasia"
Historia bywa przewrotna, czyż nie? Te same wydarzenia różnym ludziom, krajom, nacjom przynoszą odmienne skutki. To, co dla jednych jest dobre, drugim przynosi tylko kłopoty i zmienia ich życie w negatywny sposób. Tak było i tym razem. Rok 1918, dla nas Polaków czas odzyskania niepodległości i powrotu do własnej tożsamości narodowej. Dla rodziny carskiej to rok, w którym wszystko się skończyło. Nikt z jej członków nie przeżył tego tragicznego lipcowego dnia w Jekaterynburgu. Ci, którzy nie zginęli od kul bolszewickich, zostali dobici bagnetami. W świat poszła wiadomość: nie ma już Romanowów w granicach Rosji, nie ma już żadnych prawnych możliwości restytucji caratu, ale ...
Pewnego styczniowego dnia w Berlinie wyłowiono z nurtów rzeki nieznaną kobietę. Przywrócona do przytomności odmówiła podania jakichkolwiek danych osobowych. Ponieważ podejrzewano u niej depresję, po krótkim pobycie w szpitalu miejskim umieszczoną ją w zakładzie w Dalldorf. Był to szpital psychiatryczny. W opinii opiekujących się pacjentką lekarzy całe jej zachowanie jednoznacznie wskazywało, iż przeżyła ona jakieś traumatyczne wydarzenia i nadal bardzo obawia się o swoje życie. Przypadkiem do zakładu trafia zdjęcie zamordowanej rodziny carskiej, pielęgniarki opiekujące się chorą rozpoznają w niej (początkowo) Wielką Księżną Marię. Zapytana wprost, odpowiada, że to nie Maria przeżyła mord. Wniosek jest prosty, jeśli nie Maria, to musi to być Anastazja, najmłodsza z carskich córek. Wieść o tym, że jedna z Romanowów przeżyła, szybko rozchodzi się po świecie, budząc skrajne reakcje. Od euforii po nienawiść. Zaczyna się korowód osób, które rozpoznają lub nie w chorej Wielką Księżną. Anna zyskuje nie tylko możnych protektorów, ale i zajadłych, gotowych na wszystko wrogów. W końcu gra toczy się nie tylko o sam fakt uznania jej za członka rodziny carskiej, ale przede wszystkim o wielki majątek, pozostawiony przez cara w lokatach bankowych, nieruchomościach i innych inwestycjach. Gra warta świeczki dla każdej ze stron. A to dopiero początek historii zakończonej wieloletnim procesem i bezprecedensowym wyrokiem.
Autor książki kilkakrotnie zetknął się z Anną Anderson i nie ukrywa swoje sympatii dla niej oraz faktu, że wierzy w jej historię. Tym bardziej, że w 1991 roku w masowym grobie koło Jekaterynburgu odnalezione zostały szczątki cara, jego żony i trzech córek. Brakowało ciał jednej z córek i carewicza. Wszystko wskazywało więc, że historia Anny Anderson może być prawdziwa. Życie dopisało jednak inny epilog. W 2007 roku odnaleziono zwęglone szczątki młodego chłopca i dziewczyny. Badania genetyczne potwierdziły, że to szczątki carewicza i jednej z jego sióstr. Tym samym cała rodzina cesarska została zidentyfikowana, a Anna Anderson do niej nie należała. Pojawia się pytanie, kim tak naprawdę była. Ale ta zagadka chyba nigdy już nie zostanie rozwiązana. Mnie osobiście dręczy jeszcze jedna sprawa. Bolszewicy od początku twierdzili, że w Jekaterynburgu zginęła cała rodzica carska. Raz powiedzieli prawdę? Dziwne....
wtorek, 5 listopada 2013
"Salony krakowskie" Anna Gabryś
Każda książka dotycząca życia codziennego w XIX wieku to dla mnie gratka.Dlatego taki dzień, gdy uda mi się natrafić na taką pozycję w księgarni, antykwariacie lub odkryć na bibliotecznej półce, jest dla mnie świętem. W odstawkę idą wszystkie aktualnie czytane pozycje, a upolowana książka musi zostać zaraz przeczytana. Podobnie było i tym razem. Oto wchodzimy więc w świat krakowskich salonów, a trzeba dodać, że świat to specyficzny, rządzący się niepisanymi, ale surowo przestrzeganymi zasadami. Zaglądnijmy przez uchylone na chwilę drzwi salonów, podejrzyjmy zgromadzone tam postaci, podsłuchajmy prowadzone rozmowy, a może choć trochę wróci do nas atmosfera tamtych lat.
Dziewiętnastowieczny salon to nie tylko miejsce, w którym się przebywa, spędza czas, podejmuje znajomych. Taki salon to instytucja. To w nim tworzą się mody, zawiązują spiski i intrygi, kreują przyszłe gwiazdy, łączą stadła narzeczeńskie. To dzięki salonowi można zostać wyniesionym na szczyt Parnasu, ale można także z hukiem spaść na ziemię. Nic więc dziwnego, że porządny krakowski dom musiał prowadzić salon otwarty, taki był ogólny trend. Wybranego dnia o określonej porze pojawiali się w nim stali bywalcy. Nowa osoba, aby mogła bywać w salonie musiała zostać wprowadzona przez kogo zaprzyjaźnionego z gospodarzami i musiała pochodzić z odpowiednie sfery. Bo salon to także miejsce kastowe, w którym warstwy społeczne mieszają się rzadko i niechętnie. Były więc salony arystokratyczne ( w pałacu Potockich pod Baranami, czy słynny salon księżnej Marceliny Czartoryskiej ), były salony artystyczne jak w domu rodzinny Kossaków i mieszczańskie. Każdy mógł więc znaleźć coś dla siebie w poszczególne dni tygodnia. I tak właśnie w tygodniowym porządku chronologicznym autorka zapoznaje nas ze światem salonów krakowskich.Jest to bardzo ciekawa forma przekazywania informacji. Czytelnik może wczuć się w rolę bywalca salonowego i spróbować zdążyć na te wszystkie żurfiksy, fajfy czy rauty. A był to zapewne nie lada wyczyn. Przy okazji może się także dowiedzieć jak co nieco o zwyczajach krakowskich, kawiarniach i ludziach, którzy tę codzienność tworzyli. I właśnie tych ludzi nieco mi w tej książce zabrakło. Przedstawione charakterystyki, to najczęściej suche fakty z rzadka okraszone jakąś anegdotą lub ciekawostką. Zbyt mało ludzkie jak dla mnie. Ale to jedyna wada tek książki.
Dziewiętnastowieczny salon to nie tylko miejsce, w którym się przebywa, spędza czas, podejmuje znajomych. Taki salon to instytucja. To w nim tworzą się mody, zawiązują spiski i intrygi, kreują przyszłe gwiazdy, łączą stadła narzeczeńskie. To dzięki salonowi można zostać wyniesionym na szczyt Parnasu, ale można także z hukiem spaść na ziemię. Nic więc dziwnego, że porządny krakowski dom musiał prowadzić salon otwarty, taki był ogólny trend. Wybranego dnia o określonej porze pojawiali się w nim stali bywalcy. Nowa osoba, aby mogła bywać w salonie musiała zostać wprowadzona przez kogo zaprzyjaźnionego z gospodarzami i musiała pochodzić z odpowiednie sfery. Bo salon to także miejsce kastowe, w którym warstwy społeczne mieszają się rzadko i niechętnie. Były więc salony arystokratyczne ( w pałacu Potockich pod Baranami, czy słynny salon księżnej Marceliny Czartoryskiej ), były salony artystyczne jak w domu rodzinny Kossaków i mieszczańskie. Każdy mógł więc znaleźć coś dla siebie w poszczególne dni tygodnia. I tak właśnie w tygodniowym porządku chronologicznym autorka zapoznaje nas ze światem salonów krakowskich.Jest to bardzo ciekawa forma przekazywania informacji. Czytelnik może wczuć się w rolę bywalca salonowego i spróbować zdążyć na te wszystkie żurfiksy, fajfy czy rauty. A był to zapewne nie lada wyczyn. Przy okazji może się także dowiedzieć jak co nieco o zwyczajach krakowskich, kawiarniach i ludziach, którzy tę codzienność tworzyli. I właśnie tych ludzi nieco mi w tej książce zabrakło. Przedstawione charakterystyki, to najczęściej suche fakty z rzadka okraszone jakąś anegdotą lub ciekawostką. Zbyt mało ludzkie jak dla mnie. Ale to jedyna wada tek książki.
czwartek, 3 października 2013
"Ludzie jak bogowie" Herbert George Wells
Tytuł oryginału: "Men like gods".
Kiedyś, dawno temu, przeczytałam w jakimś artykule, że ta książka mogłaby stanowić podwaliny komunizmu. Bardzo mnie to stwierdzenie zdumiało, bo Wells kojarzył mi się w tamtym czasie tylko z fantastyką. Ponieważ jednak nie znałam książki, tylko zakarbowałam sobie w pamięci, że muszą ją przeczytać i wyjaśnić problem. Tak się jednak jakoś złożyło, że dopiero teraz udało mi się do tej powieści dotrzeć, a że danego sobie słowa należy dotrzymywać....
W wyniku eksperymentu naukowego przypadkowa grupa dziewiętnastowiecznych Ziemian zostaje przeniesiona w czasie (?), przestrzeni (?). Trafia do krainy zamieszkałej przez społeczeństwo idealne. Utopianie (tak zostali nazwani przez Ziemian członkowie tego społeczeństwa) uporali się już ze wszystkimi plagami, które przez wieki ich dręczyły. Nie ma już wojen, głodu, nędzy, chorób, nie ma nawet wirusów, które by te choroby wywoływały. Wszyscy są doskonali wewnętrznie i zewnętrznie. I absolutnie równi. Społeczeństwo pozwala jednostce rozwijać się w kierunku, który ją interesuje, tak aby mogła w pełni wykorzystać swe możliwości twórcze w pracy na rzecz całej grupy. Żadnej prywaty, rywalizacji czy walki o dobra. Ład i harmonia. I nagle w tym idealnie funkcjonującym środowisku pojawiają się Ziemianie ze wszystkimi naszymi wadami, niedoskonałościami, a nawet i wirusami. To nie może przynieść dobrych rezultatów, pozornie nie dziwi więc decyzja Utopian o odesłaniu przybyszów. Ale tylko pozornie.
I znalazłam odpowiedź na moje zdumienie sprzed lat. Przecież to komunizm w najczystszej utopijnej postaci. Społeczeństwo idealne, takie jakie chcieli stworzyć Marks, Engels, Lenin. Pewne elementy udało się im nawet wprowadzić w życie (np: eliminacja tych, którzy nie pasują do systemu, założenie równego traktowania czy wspólna własność). Może wiec dobrze, że mamy jakieś wady i przywary, że nie jesteśmy idealni, bo to pozwoliło nam uniknąć komunizmu w najczystszej formie.
Kiedyś, dawno temu, przeczytałam w jakimś artykule, że ta książka mogłaby stanowić podwaliny komunizmu. Bardzo mnie to stwierdzenie zdumiało, bo Wells kojarzył mi się w tamtym czasie tylko z fantastyką. Ponieważ jednak nie znałam książki, tylko zakarbowałam sobie w pamięci, że muszą ją przeczytać i wyjaśnić problem. Tak się jednak jakoś złożyło, że dopiero teraz udało mi się do tej powieści dotrzeć, a że danego sobie słowa należy dotrzymywać....
W wyniku eksperymentu naukowego przypadkowa grupa dziewiętnastowiecznych Ziemian zostaje przeniesiona w czasie (?), przestrzeni (?). Trafia do krainy zamieszkałej przez społeczeństwo idealne. Utopianie (tak zostali nazwani przez Ziemian członkowie tego społeczeństwa) uporali się już ze wszystkimi plagami, które przez wieki ich dręczyły. Nie ma już wojen, głodu, nędzy, chorób, nie ma nawet wirusów, które by te choroby wywoływały. Wszyscy są doskonali wewnętrznie i zewnętrznie. I absolutnie równi. Społeczeństwo pozwala jednostce rozwijać się w kierunku, który ją interesuje, tak aby mogła w pełni wykorzystać swe możliwości twórcze w pracy na rzecz całej grupy. Żadnej prywaty, rywalizacji czy walki o dobra. Ład i harmonia. I nagle w tym idealnie funkcjonującym środowisku pojawiają się Ziemianie ze wszystkimi naszymi wadami, niedoskonałościami, a nawet i wirusami. To nie może przynieść dobrych rezultatów, pozornie nie dziwi więc decyzja Utopian o odesłaniu przybyszów. Ale tylko pozornie.
I znalazłam odpowiedź na moje zdumienie sprzed lat. Przecież to komunizm w najczystszej utopijnej postaci. Społeczeństwo idealne, takie jakie chcieli stworzyć Marks, Engels, Lenin. Pewne elementy udało się im nawet wprowadzić w życie (np: eliminacja tych, którzy nie pasują do systemu, założenie równego traktowania czy wspólna własność). Może wiec dobrze, że mamy jakieś wady i przywary, że nie jesteśmy idealni, bo to pozwoliło nam uniknąć komunizmu w najczystszej formie.
wtorek, 1 października 2013
"Obfite piersi, pełne biodra" Mo Yan
Tytuł oryginału: "Feng ru fei tun".
Kiedy wypatrzyłam tę książkę na bibliotecznej półce, poraziła mnie jej grubość, ale zachęciło nazwisko autora. W końcu Mo Yan to jeden z najlepszych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych pisarzy chińskich. Laureat literackiej Nagrody Nobla z 2012 r, wypada więc zapoznać się z jego twórczością.
Opowiedziana przez autora historia dotyczy rodziny Shangguang, od lat osiadłej w małej wiosce w Północno - Wschodnim Gaomi. Jej głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest Jintong, jedyny syn w tej wielodzietnej rodzinie. To z jego perspektywy poznajemy najpierw poszczególnych członków rodziny, potem wioski, a następnie innych miejsc, do których zawiedzie go los. Zagubiony w otaczającej go rzeczywistości, komentuje różne wydarzenia z dziecięcą naiwnością, nie wnikając w przyczyny zachodzących przemian oraz nie rozumiejąc skutków, jakie przyjdzie mu ponosić. Biernie poddaje się wydarzeniom. I pewnie zginąłby niejeden raz, gdyby nie jego matka Shangguang Lu. To ona stanowi cement, który trzyma tę rodzinę. Bez sprzeciwu przyjmuje pod swój dach kolejne wnuki, zięciów z różnych opcji politycznych i ukrywające się przed prawem córki. Stara się utrzymać ich przy życiu nawet w okresie wielkiego głodu. Ciężko pracuje i nie dostaje nic w zamian. Czasami musi podejmować dramatyczne decyzje (sprzedaż dwóch córek), aby uratować resztę rodziny. Oto zwykłe życie na chińskiej prowincji, a gdzieś tam daleko dochodzi do przewrotów politycznych.I każda taka zmiana w jakiś sposób odbija się na rodzinie Shangguang. Raz wiedzie im się lepiej, raz gorzej. Raz są hołubieni przez władzę, a za chwilę stanowią wrogów ludu i muszą być poddawani resocjalizacji. Ciężko znaleźć właściwą drogę.
To wstrząsająca książka. Nie można jej opowiedzieć, trzeba przeczytać. I od razu muszę uprzedzić, to ciężka lektura. Ilość okrucieństwa, biedy, nieszczęść poraża. Nadmiar postaci o podobnie brzmiących imionach wywołuje chaos, ale..... No właśnie, jest w tej książce coś, co nie pozwala się oderwać. Chce się wiedzieć, jak ułożyły się losy członków rodziny Shangguang, czy przetrwała wioska i co dalej z gapowatym Jintongiem. I już nie jest ważne ile stron ma ta historia.
czwartek, 26 września 2013
"Liczby Charona" Marek Krajewski
Moda retro króluje i to nie tylko w urządzaniu wnętrz, ale także w literaturze. Coraz więcej pojawia się książek osadzonych w realiach sprzed lat stu i więcej. Czasami są to próby nieudane z różnych powodów, ale od czasu do czasu trafi się jakaś perełka. Czy taką mamy przed sobą?
Lwów, przełom lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, czas Wielkiego Kryzysu. Komisarz Edward Popielski po spektakularnym i mało chwalebnym opuszczeniu szeregów stróżów prawa musi w tym ciężkim okresie przetrwać dwa lata, aby móc podjąć pracę jako prywatny detektyw. Samym trwaniem nie można jednak nakarmić rodziny i zapłacić rachunków, o przyjemnościach już nawet nie wspominając. Popielski udziela więc korepetycji i łapie wszystkie dorywcze prace, jakie się mu trafiają. Aż nagle dostaje zlecenie, a dokładniej dwa zlecenia. Pierwsze pochodzi od Renaty, jego dawnej uczennicy, obecnie pracującej w jednym z majątków pod Lwowem. Ma odnaleźć pracodawczynię Renaty, która zniknęła bez śladu. Drugie zlecenie pochodzi od dawnych kolegów z policji. Ma im pomóc (oczywiście nieoficjalnie) w jednym z prowadzonych właśnie śledztw. Popielski przyjmuje zlecenia i rozpoczyna własne, prywatne dochodzenie. Tym samym, nawet niczego nie przeczuwając, wpakuje się w olbrzymie kłopoty. Będzie musiał zmierzyć się nie tylko z tajemnicą Renaty, ale także stawić czoła jej wpływowemu i agresywnemu wielbicielowi i rozwiązać tajemnicę liczb Charona, a tym samym zagłębić się w żydowskiej gematrii.
Po raz pierwszy miałam kontakt z pisarstwem Marka Krajewskiego, choć wiele słyszałam o jego książkach. Oceny są różne, jedni ganią, inni chwalą. Ja będę wstrzemięźliwa, nie zganię, ale też nie pochwalę za bardzo. Książka mnie nie zachwyciła. Oczywiście prezentuje dobry, solidny warsztat, doskonałą znajomość ówczesnej rzeczywistości i realiów, ale fabuła jest mało porywająca, niezbyt skomplikowana, a zakończenie przewidywalne. Do końca książki jeszcze daleko, a czytający już wie, kto zabił. A przecież dobry kryminał powinien trzymać w napięciu do ostatniej kartki. Przeczytać jednak warto, bo to proza odbiegająca od powszechnie obowiązujących standardów.
Lwów, przełom lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, czas Wielkiego Kryzysu. Komisarz Edward Popielski po spektakularnym i mało chwalebnym opuszczeniu szeregów stróżów prawa musi w tym ciężkim okresie przetrwać dwa lata, aby móc podjąć pracę jako prywatny detektyw. Samym trwaniem nie można jednak nakarmić rodziny i zapłacić rachunków, o przyjemnościach już nawet nie wspominając. Popielski udziela więc korepetycji i łapie wszystkie dorywcze prace, jakie się mu trafiają. Aż nagle dostaje zlecenie, a dokładniej dwa zlecenia. Pierwsze pochodzi od Renaty, jego dawnej uczennicy, obecnie pracującej w jednym z majątków pod Lwowem. Ma odnaleźć pracodawczynię Renaty, która zniknęła bez śladu. Drugie zlecenie pochodzi od dawnych kolegów z policji. Ma im pomóc (oczywiście nieoficjalnie) w jednym z prowadzonych właśnie śledztw. Popielski przyjmuje zlecenia i rozpoczyna własne, prywatne dochodzenie. Tym samym, nawet niczego nie przeczuwając, wpakuje się w olbrzymie kłopoty. Będzie musiał zmierzyć się nie tylko z tajemnicą Renaty, ale także stawić czoła jej wpływowemu i agresywnemu wielbicielowi i rozwiązać tajemnicę liczb Charona, a tym samym zagłębić się w żydowskiej gematrii.
Po raz pierwszy miałam kontakt z pisarstwem Marka Krajewskiego, choć wiele słyszałam o jego książkach. Oceny są różne, jedni ganią, inni chwalą. Ja będę wstrzemięźliwa, nie zganię, ale też nie pochwalę za bardzo. Książka mnie nie zachwyciła. Oczywiście prezentuje dobry, solidny warsztat, doskonałą znajomość ówczesnej rzeczywistości i realiów, ale fabuła jest mało porywająca, niezbyt skomplikowana, a zakończenie przewidywalne. Do końca książki jeszcze daleko, a czytający już wie, kto zabił. A przecież dobry kryminał powinien trzymać w napięciu do ostatniej kartki. Przeczytać jednak warto, bo to proza odbiegająca od powszechnie obowiązujących standardów.
wtorek, 24 września 2013
"Czas zmierzchu" Dmitry Glukhovsky
Tytuł oryginału:
"Metro" tego autora to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam ostatnimi czasy. Nic więc dziwnego, że kiedy w jednej z bibliotek wpadł mi w ręce "Czas zmierzchu", inne lektury zostały odstawione na czas jakiś. I nie zawiodłam się.
Tłumacz z języka angielskiego, przytłoczony wielką ilością zaległych rachunków do zapłacenia, przyjmuje pierwsze zlecenie, jakie mu się trafiło. Tym razem jest to tłumaczenie starego dziennika z pewnej wyprawy po Jukatanie. Nic to, że hiszpański (bo taki jest oryginalny język dziennika) nie jest jego mocną stroną. W końcu od czego są słowniki? Byleby dobrze płacili. Przekładany tekst okazał się dość trudny, ale wciągający. Tak bardzo, że nasz bohater zaczął szukać dodatkowych informacji o konkwiście, Majach, ich życiu i obrzędach. W jednej z książek przypadkowo dociera do opisów różnych wierzeń majańskich. Jedno z nich mówi, że raz na 52 haaby wszechświat staje u progu katastrofy. Zaczyna się pięciodniowy okres, w którym ziemię opanowują demony, szaleją wszelkie możliwe kataklizmy, a przerażeni ludzie barykadują się w swoich domach, oczekując na koniec tego strasznego czasu. Nagle, porzucając tłumaczenie dziennika, uświadamia sobie, iż być może właśnie nastał ten czas. Czas majańskiej apokalipsy. Kto go przetrwa?
Prezentowana książka to fantastyka pozornie, bo jest w niej głębia, jaką trudno znaleźć w innych, podobnych utworach, dotyczące naszej, ludzkiej egzystencji we wszechświecie i mikroświecie, jaki tworzymy. Zgodnie z wierzeniami Majów w pierwszych latach życia nasz świat jest prężny, wesoły, pełen kolorów, zapachów i smaków. Otaczają nas ludzie, których kochamy i cenimy. Jesteśmy centralnym punktem naszego wszechświata, do którego zmierzają wszystkie ścieżki. Czas jednak płynie i otaczający nas ludzie zaczynają przechodzić na drugą stronę. Istnieją nadal, ale tylko w naszych wspomnieniach i tylko my jesteśmy w stanie ich przywołać. Zmienia się więc układ naszego wszechświata, jego środek przesuwa się. To już nie jest świat realny, którego możemy dotknąć, ale świat ukryty gdzieś głęboko w naszych synapsach, zwojach mózgowych. Jeszcze umiemy przywołać go, choć na chwilę, ale już wiemy, że jest daleko od nas. I nagle przychodzi dzień, gdy uświadamiamy sobie, że wszyscy, na których nam zależało, których kochaliśmy, są już tam i już nie potrafimy przywołać dawnego świata, i z całą mocą uświadamiamy sobie, że teraz to my musimy pójść. I stworzyć nowy wszechświat.
poniedziałek, 23 września 2013
"Starsza pani wnika" Anna Fryczkowska
Tak mi się jakoś kryminalnie jesień zaczyna. Przy łóżku rośnie sterta książek czekających na przeczytanie, a kryminały wśród nich dominują. Nadchodzące tygodnie stoją więc pod znakiem morderstw, zagadek kryminalnych i detektywów prowadzących śledztwa. Może zima przyniesie jakąś odmianę?
Pewnego dnia został zamordowany Zenon Maciejko. Wykrwawił się w prawie własnej kuchni (prawie, bo mieszkanie wynajmował), przyklejony taśmą do krzesła. Odnalazł go prywatny detektyw, dla którego było to pierwsze zlecenie w nowej pracy. I od razu taki niefart. Zlecenie jednak należało zrealizować, więc nasz detektyw rozpoczyna śledztwo mające odkryć, gdzie denat schował ukradziony byłej żonie obraz Malczewskiego. Niestety, po obrazie ślad zaginął, podobnie jak po pani Agnieszce Zaufał, która, jak się okazało, była dość blisko związana z pechowym najemcą. W ten oto sposób do pierwszego zlecenia doszło drugie, a wkrótce energiczna babcia naszego detektywa i jej liczne koleżanki dostarczyły mu kolejnych. Pracy ma więc mnóstwo, a czas ucieka.I pewnie większość prowadzonych przez naszego detektywa dochodzeń zakończyłaby się fiaskiem, gdyby do akcji nie wkroczyła babcia. Jej dyskretna pomoc, znajomość natury ludzkiej i umiejętność nawiązywania kontaktów okazały się bezcenne i doprowadziły do szczęśliwego (dla niektórych) finału.
W zamierzeniach miała to być chyba lekka komedia kryminalna, ale nie wyszło. Niby śmiesznie, ale tak naprawdę strasznie. Przerażające starsze panie, które swe problemy rozwiązują w niekonwencjonalny sposób, przerażająca martyrologia zwierząt (wątek zupełnie nie przystający do całości), zbyt wiele postaci, których wzajemne relacje zaciemniają obraz (w pewnym momencie czytelnik nie wie już kto jest kim i co robi w tej historii). To wszystko sprawia, że książkę odkłada się w lekkim oszołomieniu. I od razu nasuwa się pytanie. O co chodziło ?
Pewnego dnia został zamordowany Zenon Maciejko. Wykrwawił się w prawie własnej kuchni (prawie, bo mieszkanie wynajmował), przyklejony taśmą do krzesła. Odnalazł go prywatny detektyw, dla którego było to pierwsze zlecenie w nowej pracy. I od razu taki niefart. Zlecenie jednak należało zrealizować, więc nasz detektyw rozpoczyna śledztwo mające odkryć, gdzie denat schował ukradziony byłej żonie obraz Malczewskiego. Niestety, po obrazie ślad zaginął, podobnie jak po pani Agnieszce Zaufał, która, jak się okazało, była dość blisko związana z pechowym najemcą. W ten oto sposób do pierwszego zlecenia doszło drugie, a wkrótce energiczna babcia naszego detektywa i jej liczne koleżanki dostarczyły mu kolejnych. Pracy ma więc mnóstwo, a czas ucieka.I pewnie większość prowadzonych przez naszego detektywa dochodzeń zakończyłaby się fiaskiem, gdyby do akcji nie wkroczyła babcia. Jej dyskretna pomoc, znajomość natury ludzkiej i umiejętność nawiązywania kontaktów okazały się bezcenne i doprowadziły do szczęśliwego (dla niektórych) finału.
W zamierzeniach miała to być chyba lekka komedia kryminalna, ale nie wyszło. Niby śmiesznie, ale tak naprawdę strasznie. Przerażające starsze panie, które swe problemy rozwiązują w niekonwencjonalny sposób, przerażająca martyrologia zwierząt (wątek zupełnie nie przystający do całości), zbyt wiele postaci, których wzajemne relacje zaciemniają obraz (w pewnym momencie czytelnik nie wie już kto jest kim i co robi w tej historii). To wszystko sprawia, że książkę odkłada się w lekkim oszołomieniu. I od razu nasuwa się pytanie. O co chodziło ?
czwartek, 12 września 2013
"Biała gorączka" Jacek Hugo - Bader
Rosja najczęściej źle się nam, Polakom, kojarzy i chyba wiele jeszcze wody musi upłynąć, abyśmy w końcu zaczęli patrzeć i traktować ten kraj nie jak agresora, a jak zwykłego, a może nawet niezwykłego sąsiada. Bo zaiste to kraj niezwykły; sztuczny zlepek wielokulturowy, z którego na siłę chciano uczynić jedno, wzorcowe społeczeństwo. Czy to się udało? Pozornie nie, ale gdzieś głębiej, pod warstwą powierzchniowych kłopotów, tkwi duma z ZSRR i żal, że ten czas już nie wróci.
Tym razem autor zabiera nas w podróż łazikiem po Syberii. Ma zamiar przejechać z Moskwy do Władywostoku. Towarzyszą mu w drodze przygodnie zabrani ludzie, a każdy z nich opowiada mu swoją, najczęściej niewesołą, historię. Lista poruszanych problemów jest bardzo duża, od wszechobecnego alkoholizmu, narkomanii, braku jakiejkolwiek pracy i perspektyw, aż do sytuacji mniejszości narodowych. Każdy z opowiadających zostawia swój ślad, który - połączony z innymi śladami - da nam obraz rosyjskiej duszy. Przepełnionej tęsknotą za czymś nieokreślonym, żalem za minionymi czasami świetności ZSRR i teraźniejszością bez przyszłości. Tyle tylko zostało z przewodniego narodu.
Równocześnie książka przybliża nam wiele nieznanych faktów. Wyjaśnia, czym jest tytułowa biała gorączka, dlaczego drogowskazy na Syberii są podziurawione jak rzeszoto i ile partnerek seksualnych miewa w ciągu całego życia przeciętny Rosjanin.
Dodatkowym atutem książki jest umieszczenie na końcu każdego rozdziału fragmentów pochodzących z "Reportażu z XXI wieku". Zamieszczona w nim wizja społeczeństwa radzieckiego nowego stulecia, żyjącego w coraz większym dostatku i dobrobycie oraz rozpowszechnionego na całym świecie komunizmu, wydaje się kuriozalna w zetknięciu z prawdziwym życiem prawdziwych Rosjan, których historie mamy okazję poznać.
"Biała gorączka" to książka prawdziwa, szczera aż do bólu. I własnie dzięki temu na długo zapada w pamięć. Nic nie wybiela i nic nie upiększa. Pokazuje obraz rzeczywisty i dlatego jest warta przeczytania.
Tym razem autor zabiera nas w podróż łazikiem po Syberii. Ma zamiar przejechać z Moskwy do Władywostoku. Towarzyszą mu w drodze przygodnie zabrani ludzie, a każdy z nich opowiada mu swoją, najczęściej niewesołą, historię. Lista poruszanych problemów jest bardzo duża, od wszechobecnego alkoholizmu, narkomanii, braku jakiejkolwiek pracy i perspektyw, aż do sytuacji mniejszości narodowych. Każdy z opowiadających zostawia swój ślad, który - połączony z innymi śladami - da nam obraz rosyjskiej duszy. Przepełnionej tęsknotą za czymś nieokreślonym, żalem za minionymi czasami świetności ZSRR i teraźniejszością bez przyszłości. Tyle tylko zostało z przewodniego narodu.
Równocześnie książka przybliża nam wiele nieznanych faktów. Wyjaśnia, czym jest tytułowa biała gorączka, dlaczego drogowskazy na Syberii są podziurawione jak rzeszoto i ile partnerek seksualnych miewa w ciągu całego życia przeciętny Rosjanin.
Dodatkowym atutem książki jest umieszczenie na końcu każdego rozdziału fragmentów pochodzących z "Reportażu z XXI wieku". Zamieszczona w nim wizja społeczeństwa radzieckiego nowego stulecia, żyjącego w coraz większym dostatku i dobrobycie oraz rozpowszechnionego na całym świecie komunizmu, wydaje się kuriozalna w zetknięciu z prawdziwym życiem prawdziwych Rosjan, których historie mamy okazję poznać.
"Biała gorączka" to książka prawdziwa, szczera aż do bólu. I własnie dzięki temu na długo zapada w pamięć. Nic nie wybiela i nic nie upiększa. Pokazuje obraz rzeczywisty i dlatego jest warta przeczytania.
środa, 11 września 2013
"Zbrodnia w efekcie" Joanna Chmielewska
Jestem wierna. Dlatego, każda nowa pozycja tej autorki musi być przez mnie natychmiast zakupiona. I przeczytana, oczywiście, też, o ile okoliczności i domowa rada nadzorcza pozwoli. Trzymając w dłoniach taką nową książkę odczuwam dreszczyk zaciekawienia i radości. Może ta pozycja to powrót do twórczości Joanny Chmielewskiej jaką pamiętam z dawnych lat? I cóż.... Każda kolejna książka to kolejne rozczarowanie, nie mam jednak zamiaru (przynajmniej na razie) przestać czekać. Może pewnego dnia ...
Człowiek w afekcie zdolny jest do czynów wielkich, tylko, że najczęściej w w efekcie afektu powstaje taka masa komplikacji, która przerasta Himalaje i komplikuje życie wszystkim dokoła. Tak było i tym razem. Pewnego deszczowego popołudnia, na działkach pracowniczych, pewna osoba działając w afekcie popełniła zbrodnię. Następnie porządnie zagrzebała nieboszczyka w kompoście, tak że ludzkie oko nie było w stanie go wypatrzeć. W tymże afekcie pominęła jednak pewien drobny szczegół. Otóż nieboszczykowi brakowało głowy, która w wyniku tegoż afektu została mu odrąbana. Co zresztą było bezpośrednią i jedyną przyczyną jego śmierci. Zagubiona głowa potoczyła się gdzieś w okoliczne chaszcze, a nieboszczyk zaczął użyźniać działkową glebę. I tak przez kilka lat, aż ktoś wpadł na pomysł, aby wyciąć rozrastający się bujnie bambus.Ten opuścić dobrze użyźnionego miejsca nie chciał dobrowolnie, musiano więc użyć środków przymusu, w wyniku czego dogrzebano się do zakopanego głęboko nieboszczyka, aktualnie w charakterze kościotrupa. Szkielet bez głowy wprawił w totalną prostrację Komendę Policji, bo niby jak odtworzyć wygląd denata? Na podstawie kształtu żeber? Ponieważ w naszym kraju popełnia się wiele przestępstw, sprawę szybko odłożona ad acta. Upłynęło znów kilka lat i na pobliskiej działce znaleziono czaszkę, tym razem bez korpusu. Szybko połączono obie sprawy i śledztwo mogło potoczyć się już zgodnie z procedurami, aż do szczęśliwego finału.
Znacie to? Znacie, bo to wszystko już było. I zaginiona głowa, i morderca o dość dziwnej konstrukcji psychicznej, i nawet poszukiwanie rozproszonego mienia przodków. A taką miałam nadzieję na coś nowego, choć w dawnym stylu, bez tasiemcowych wspomnień bohaterów i historii sięgającej piątego pokolenia. Bez zawikłanych i zawoalowanych odnośników do PRL - u, których młodsze pokolenie pewnie w ogóle nie zrozumie. Zbyt wiele słów, mało akcji to kwintesencja tej książki. Cóż, będę czekać dalej.
Człowiek w afekcie zdolny jest do czynów wielkich, tylko, że najczęściej w w efekcie afektu powstaje taka masa komplikacji, która przerasta Himalaje i komplikuje życie wszystkim dokoła. Tak było i tym razem. Pewnego deszczowego popołudnia, na działkach pracowniczych, pewna osoba działając w afekcie popełniła zbrodnię. Następnie porządnie zagrzebała nieboszczyka w kompoście, tak że ludzkie oko nie było w stanie go wypatrzeć. W tymże afekcie pominęła jednak pewien drobny szczegół. Otóż nieboszczykowi brakowało głowy, która w wyniku tegoż afektu została mu odrąbana. Co zresztą było bezpośrednią i jedyną przyczyną jego śmierci. Zagubiona głowa potoczyła się gdzieś w okoliczne chaszcze, a nieboszczyk zaczął użyźniać działkową glebę. I tak przez kilka lat, aż ktoś wpadł na pomysł, aby wyciąć rozrastający się bujnie bambus.Ten opuścić dobrze użyźnionego miejsca nie chciał dobrowolnie, musiano więc użyć środków przymusu, w wyniku czego dogrzebano się do zakopanego głęboko nieboszczyka, aktualnie w charakterze kościotrupa. Szkielet bez głowy wprawił w totalną prostrację Komendę Policji, bo niby jak odtworzyć wygląd denata? Na podstawie kształtu żeber? Ponieważ w naszym kraju popełnia się wiele przestępstw, sprawę szybko odłożona ad acta. Upłynęło znów kilka lat i na pobliskiej działce znaleziono czaszkę, tym razem bez korpusu. Szybko połączono obie sprawy i śledztwo mogło potoczyć się już zgodnie z procedurami, aż do szczęśliwego finału.
Znacie to? Znacie, bo to wszystko już było. I zaginiona głowa, i morderca o dość dziwnej konstrukcji psychicznej, i nawet poszukiwanie rozproszonego mienia przodków. A taką miałam nadzieję na coś nowego, choć w dawnym stylu, bez tasiemcowych wspomnień bohaterów i historii sięgającej piątego pokolenia. Bez zawikłanych i zawoalowanych odnośników do PRL - u, których młodsze pokolenie pewnie w ogóle nie zrozumie. Zbyt wiele słów, mało akcji to kwintesencja tej książki. Cóż, będę czekać dalej.
niedziela, 25 sierpnia 2013
"Ratując ryby od utonięcia" Amy Tan
Tytuł oryginału: "Saving Fish From Drowning"
Czy wiecie gdzie znajduje się państwo Myanmar? Myślę, że spora część z Was nie wie ( ja także do niedawna nie wiedziałam). To może prościej. Czy wiecie gdzie leży Birma? Zakładam, że większości przynajmniej nazwa obiła się o uszy. A przecież Myanmar i Birma to ten sam kraj, położony w Azji Południowo - Wschodniej. Rządząca tym państwem do 2011 roku Junta wojskowa zmieniła w 1989 roku starą nazwę na nową. Nowa wersja jednak się nie przyjęła i większość krajów nadal używa starego nazewnictwa. A więc, czy wiecie coś o Birmie? Jeżeli nie wiecie nic lub macie skromny zasób informacji o tym zakątku świata, to oto przed Wami książka, która przybliży Wam ten kraj i ludzi, którzy go zamieszkują.
Po nieoczekiwanej i dość dziwacznej śmierci Bibi Chen, organizowana przez nią wyprawa do Chin i Birmy staje pod znakiem zapytania. Bibi miała być kierownikiem wycieczki, pilotem i przewodnikiem równocześnie, bez niej więc ekspedycja nie ma większych szans na powodzenie. Jednak na przekór rozsądkowi uczestnicy a zarazem bliscy przyjaciele Bibi postanawiają wyruszyć i dokładnie zrealizować zaplanowany przez zmarłą przyjaciółkę harmonogram. Tym samym wkraczają na ścieżkę, która poprzez rozliczne perypetie doprowadzi do ich tajemniczego zniknięcia w mgle unoszącej się nad jeziorem Inle. I nagle okaże się, że dobre chęci, dolary i amerykański paszport to nie zawsze najlepsza rekomendacja. A klątwa rzucona przez naczelnika ludu Bai sięga daleko poza granice Chin.
"Ratując ryby od utonięcia" to powieść rozgrywająca się w dwóch warstwach sytuacyjnych. Pierwsza jest bardzo mocno osadzona w rzeczywistości i realiach pokazywanych krajów. Druga, czysta metafizyka. Warstwy te przenikają się i uzupełniają wzajemnie tworząc niesamowitą mieszankę. Czytelnikowi trudno oddzielić co jest fikcją literacką a co rzeczywistością. Tym samym autorka skłania czytelnika do sięgnięcia po inne źródła w celu zweryfikowania przedstawianych wydarzeń, miejsc, ludzi. I chyba to właśnie było głównym celem Amy Tan, gdyż szukając wchodzimy coraz głębiej w świat okrutnego reżimu i wielkich krzywd, które wyrządził. A to budzi w nas sprzeciw, współczucie i chęć pomocy. I każdy już wie, że Myanmar to dawna Birma, bo można zmienić nazwę, ale nie da się ukryć i nie da się zapomnieć wyrządzonych, niewinnym ludziom, krzywd.
wtorek, 20 sierpnia 2013
"Rewolucja mrówek" Bernard Werber
Tytuł oryginału: "La Revolution Des Fourmis"
Oto przed nami kolejna, ostatnia już, część mrówczej trylogii. Czekają nas spotkania z nowymi i dawnym bohaterami, pojawią się nowe wątki, a stare doczekają kontynuacji. Wszystko to doprowadzi do finału, przewidywalnego końca, który tak naprawdę niczego nie zakończy.
Julie Pinson, w wyniku dziwnego splotu wypadków, staje się właścicielką trzeciego tomu "Encyklopedii wiedzy względnej i absolutnej" Edmunda Wellsa. Wraz z grupą przyjaciół i zwolenników postanawia wprowadzić w życie zawarte w encyklopedii wskazówki. Wspólnie zajmują liceum w Fontaineblau i na jego terenie tworzą coś w rodzaju mrowiska. Każdy członek grupy ma swoje obowiązki i prawa, każdy musi pracować na rzecz całej społeczności. Mrówcza idea dość szybko przyjmuje się w skomercjalizowanym świecie, znajdują się naśladowcy i wkrótce na całym globie powstają kolejne ludzkie mrowiska.
Natomiast prawdziwe mrówki wyruszają z następną krucjatą przeciwko Palcom. Chcą powstrzymać nas przed stopniowym zniszczeniem lasu Fontaineblau. Przywódczynią krucjaty jest znana z poprzednich części, teraz już przeobrażona, księżniczka 103. Nieuchronnie musi więc dojść do konfrontacji. O ile mrówkom i ich zwolennikom udaje się osiągnąć konsensus i zaakceptować inność drugiej strony, o tyle rewolucja zapoczątkowana przez licealistów nie znajduje zrozumienia nawet wśród ich własnego gatunku. Następuje pacyfikacja liceum, a przywódcy buntu muszą uciekać. Nie mając innego wyjścia podążają za tajemniczą pszczołą.
Trudno jednoznacznie powiedzieć o czym jest ta książka. Odpowiedź oczywista, o mrówkach, jest powierzchowna i niedokładna. Więc o czym? Tak naprawdę o nas, ludziach. O naszej niedoskonałej naturze, bezmyślności, braku tolerancji dla odmienności, ale także o twórczym i kreatywnym myśleniu, umiejętności wyciągania wniosków i uczenia się na błędach. W porównaniu z mrówkami jesteśmy bardzo niedoskonali, ale to dopiero początek naszej drogi na Ziemi. Wszystko przed nami, jeśli wykorzystamy wszystkie nasze atuty, to za parę tysięcy lat możemy stać się ludzkimi mrówkami. Kusząca perspektywa, czyż nie?
czwartek, 11 lipca 2013
"Studnia bez dnia" Katarzyna Enerlich
Ta autorka kojarzy nam się przede wszystkim z Mazurami. To świat, w którym, jak się wydaje, czuje się najlepiej. A jednak tym razem jest inaczej i wspólnie odkrywamy nieznane zakątki miasta, z którego, co prawda, na Mazury jest niedaleko, ale to zupełnie inny świat, inny klimat i inni ludzie. Czas na Toruń.
Marcelina, przypadkiem staje się świadkiem, a właściwie słuchaczem, zdrady swojego męża. Kiedy szykuje się do decydującej rozmowy z nim, ginie on w wypadku samochodowym. To wydarzenie zapoczątkowuje szereg istotnych zmian w jej życiu. Ze względów materialnych musi opuścić dotychczasowe mieszkanie, rozejrzeć się za dodatkową pracą i od nowa budować swoje życie.To dość wiele wyzwań, jak dla kobiety po przejściach. Jednak koleje zdarzeń są nieprzewidywalne, a po złych chwilach (najczęściej, choć nie zawsze) przychodzą dobre dni. Marcelina przypadkiem zostaje zatrudniona jako sprzedawca lokalnych pamiątek. Jej pracodawca, Tadeusz, ma pracownię w jednej ze starych kamieniczek obok rynku. I właśnie w tej pracowni w życie Marceliny, za pośrednictwem zapachu ogórków i dziwnych wydarzeń paranormalnych, wkroczył Martinus, siedemnastowieczny gdański kupiec. Jego ingerencja była na tyle mocna, że dzięki niej udało się pozałatwiać całe mnóstwo spraw i wprowadzić życie głównej bohaterki na właściwe tory. Wszytko więc kończy się happy endem. Czegóż chcieć więcej od ducha?
Lubię twórczość Katarzyny Enerlich nie tylko za niesamowity klimat, który umiejętnie buduje w swoich książkach, ale przede wszystkim za to, że choć opowiadane historie są zmyślone, to jednak zawsze, w jakiś sposób oparte na prawdziwych wydarzeniach. Tak było i tym razem. Martinus istniał naprawdę. A do dnia dzisiejszego przetrwała po nim opowieść o tajemniczym pierścieniu i sygnowana przez niego modrzewiowa belka. A tę możecie zobaczyć na jednej z fotografii, którymi książka została wzbogacona. Jeśli zaś wakacyjne drogi zawiodą Was do Torunia, to może uda się Wam zobaczyć ją w naturze. W każdym razie książkę polecam.
Marcelina, przypadkiem staje się świadkiem, a właściwie słuchaczem, zdrady swojego męża. Kiedy szykuje się do decydującej rozmowy z nim, ginie on w wypadku samochodowym. To wydarzenie zapoczątkowuje szereg istotnych zmian w jej życiu. Ze względów materialnych musi opuścić dotychczasowe mieszkanie, rozejrzeć się za dodatkową pracą i od nowa budować swoje życie.To dość wiele wyzwań, jak dla kobiety po przejściach. Jednak koleje zdarzeń są nieprzewidywalne, a po złych chwilach (najczęściej, choć nie zawsze) przychodzą dobre dni. Marcelina przypadkiem zostaje zatrudniona jako sprzedawca lokalnych pamiątek. Jej pracodawca, Tadeusz, ma pracownię w jednej ze starych kamieniczek obok rynku. I właśnie w tej pracowni w życie Marceliny, za pośrednictwem zapachu ogórków i dziwnych wydarzeń paranormalnych, wkroczył Martinus, siedemnastowieczny gdański kupiec. Jego ingerencja była na tyle mocna, że dzięki niej udało się pozałatwiać całe mnóstwo spraw i wprowadzić życie głównej bohaterki na właściwe tory. Wszytko więc kończy się happy endem. Czegóż chcieć więcej od ducha?
Lubię twórczość Katarzyny Enerlich nie tylko za niesamowity klimat, który umiejętnie buduje w swoich książkach, ale przede wszystkim za to, że choć opowiadane historie są zmyślone, to jednak zawsze, w jakiś sposób oparte na prawdziwych wydarzeniach. Tak było i tym razem. Martinus istniał naprawdę. A do dnia dzisiejszego przetrwała po nim opowieść o tajemniczym pierścieniu i sygnowana przez niego modrzewiowa belka. A tę możecie zobaczyć na jednej z fotografii, którymi książka została wzbogacona. Jeśli zaś wakacyjne drogi zawiodą Was do Torunia, to może uda się Wam zobaczyć ją w naturze. W każdym razie książkę polecam.
środa, 3 lipca 2013
"Był taki świat...." Halina Donimirska - Szyrmerowa
Był także taki świat, odgrodzony kordonem, odcięty od Polski, gnębiony i poniżany, ale wierny i niepoddający się nieustannej presji niemieckiej. Walczący o zachowanie własnej tożsamości, o każdy skrawek ziemi i każdy polski dom. Był także taki świat, gdzie polskość to nie puste słowa, a wierność utraconej ojczyźnie to najważniejszy obowiązek. Był taki świat.....
Mało wiemy o życiu ziemiaństwa polskiego za kordonem. Pojęcie ziemiaństwa kojarzy nam się najczęściej z Mazowszem, Litwą, a nie z Prusami. A jednak i tam były polskie dwory i dworki, polskie wsie, szkoły i parafie. W wyniku zawirowań historycznych odcięte od Polski walczyły wytrwale o przetrwanie. W takim właśnie dworze w Czerninie przyszła na świat autorka książki. Rodzina Donimirskich była głęboko zaangażowana we wszystkie podejmowane działania mające na celu ponowne włączenie tych ziem do Polski. Mała Helenka od najwcześniejszych lat przysłuchiwała się rozmowom starszych. Podsłuchane opowieści, plany i zamiary stanowiły dobre podwaliny do dalszego patriotycznego rozwoju.
Jednak nie tylko sprawami wzniosłymi żył dwór w Czerninie. Obok toczyło się zwyczajne życie. Bliższa i dalsza rodzina powiększała się, dzieci rosły, należało do ich zwiększonych potrzeb dostosować dom i od nowa zorganizować życie,uregulować zaległe sprawy rodzinne, wpaść z wizytą do sąsiadów. Jednak ten dobry, spokojny czas nie trwał zbyt długo. Sfałszowane wyniki plebiscytu to dopiero zapowiedź kłopotów. Wojna, która wkrótce się rozpoczęła rozdzieliła rodzeństwo. Każde z nich samodzielnie, z daleka od rodziny musiało sobie radzić z wojenną codziennością. Brak wiadomości o aresztowanych przez Niemców rodzicach był dodatkowym ciężarem. Jednak udało im się przetrwać.
"Był taki świat...." to przede wszystkim opowieść o rodzinie, ale nie tylko. Mamy szansę wniknąć w mało znany świat polskich dworów w Prusach Wschodnich. Trochę odmienne obyczaje, inaczej obchodzone święta i ważne uroczystości domowe, troszkę inne funkcjonowanie samego dworu. Zupełnie inne spojrzenie na Polskę międzywojenną, która dość po macoszemu obchodziła się z Polakami zza kordonu.
To wszystko sprawia, że książka ta jest unikalnym świadectwem tamtego czasu i tamtych miejsc.
Mało wiemy o życiu ziemiaństwa polskiego za kordonem. Pojęcie ziemiaństwa kojarzy nam się najczęściej z Mazowszem, Litwą, a nie z Prusami. A jednak i tam były polskie dwory i dworki, polskie wsie, szkoły i parafie. W wyniku zawirowań historycznych odcięte od Polski walczyły wytrwale o przetrwanie. W takim właśnie dworze w Czerninie przyszła na świat autorka książki. Rodzina Donimirskich była głęboko zaangażowana we wszystkie podejmowane działania mające na celu ponowne włączenie tych ziem do Polski. Mała Helenka od najwcześniejszych lat przysłuchiwała się rozmowom starszych. Podsłuchane opowieści, plany i zamiary stanowiły dobre podwaliny do dalszego patriotycznego rozwoju.
Jednak nie tylko sprawami wzniosłymi żył dwór w Czerninie. Obok toczyło się zwyczajne życie. Bliższa i dalsza rodzina powiększała się, dzieci rosły, należało do ich zwiększonych potrzeb dostosować dom i od nowa zorganizować życie,uregulować zaległe sprawy rodzinne, wpaść z wizytą do sąsiadów. Jednak ten dobry, spokojny czas nie trwał zbyt długo. Sfałszowane wyniki plebiscytu to dopiero zapowiedź kłopotów. Wojna, która wkrótce się rozpoczęła rozdzieliła rodzeństwo. Każde z nich samodzielnie, z daleka od rodziny musiało sobie radzić z wojenną codziennością. Brak wiadomości o aresztowanych przez Niemców rodzicach był dodatkowym ciężarem. Jednak udało im się przetrwać.
"Był taki świat...." to przede wszystkim opowieść o rodzinie, ale nie tylko. Mamy szansę wniknąć w mało znany świat polskich dworów w Prusach Wschodnich. Trochę odmienne obyczaje, inaczej obchodzone święta i ważne uroczystości domowe, troszkę inne funkcjonowanie samego dworu. Zupełnie inne spojrzenie na Polskę międzywojenną, która dość po macoszemu obchodziła się z Polakami zza kordonu.
To wszystko sprawia, że książka ta jest unikalnym świadectwem tamtego czasu i tamtych miejsc.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
"Wspomnienia z Turwi" Krzysztof Morawski
Coraz rzadziej trafiają mi się takie gratki jak "Wspomnienia z Turwi" Krzysztofa Morawskiego. Czasami jednak los sprzyja i mnie. Po przemeblowaniu w jednej z bibliotek, nagle na front wyskoczył regał z biografiami, do którego wcześniej dostęp był więcej niż ograniczony, gdyż nie było go wcale. Z ochotą i nadzieją rzuciłam się na stare, zapomniane książki i tym sposobem odkryłam tę perełkę ( ostatnie wypożyczenie rok 1995 ).
Turew ( dawniej Turwia ) to olbrzymi majątek magnacki położony w Wielkopolsce, w powiecie kościańskim. Od roku 1730 aż do czasów II wojny światowej należał do jednej rodziny, Chłapowskich. Po wojnie majątek wraz z pałacem przejął miejscowy PGR. W chwili obecnej w dawnym pałacu Chłapowskich ma swoją siedzibę Stacja Badawcza PAN.
O dziejach pałacu opowiada nam ostatni, przedwojenny właściciel Turwi, Krzysztof Morawski. Odtworzył on historię pałacu na podstawie dość dobrze zachowanego archiwum rodzinnego, listów i usłyszanych od krewnych opowieści rodzinnych. Mamy więc niepowtarzalną możliwość przyjrzenia się, jak na przestrzeni dwóch wieków zmieniał się dom, jego otoczenie oraz ludzie, którzy w Turwi mieszkali. A byli to ludzie niezwykli, brali udział w wielkich wydarzeniach historycznych i mieli istotny wpływ na bieg historii.
Szczególnym przedstawicielem rodu Chłapowskich jest Dezydery Chłapowski. Był adiutantem Dąbrowskiego, oficerem napoleońskim, brał udział w konspiracyjnej pracy, mającej na celu ochronę polskości na ziemi wielkopolskiej. Jednak zawsze wracał do Turwi. Tutaj stał się prekursorem zupełnie nowego sposobu zarządzania majątkiem. Wprowadzana przez niego innowacyjna gospodarka nie tylko spowodowała znaczący wzrost wartości całego majątku, ale także była chętnie podpatrywana przez okolicznych ziemian, co miało istotne przełożenie na poziom sztuki agrarnej w całym powiecie. Kolejne pokolenia, o ile pozwalała na to sytuacja, podtrzymywały wprowadzone zmiany starając się zachować osiągnięty już, wysoki poziom rozwoju gospodarczego.
Nadchodzą wakacje, więc może uda mi się wpaść do Turwi. Chcę zwiedzić pałac, pospacerować po parku, stanąć twarzą w twarz ze wspaniałym dębem Dezyderym. Was także zapraszam, ale najpierw przeczytajcie książkę. W niektórych bibliotekach jeszcze można ją odnaleźć.
wtorek, 11 czerwca 2013
"Karuzela samobójczyń" S.J. Bolton
Tytuł oryginału: " Dead Scared"
Czasem bywa tak, że debiut jest udany, ale kolejne pozycje nie trzymają już tego samego poziomu. Nie tym razem jednak, nie w przypadku S.J. Bolton. Kontynuacja jest równie dobra, a może nawet lepsza niż debiutanckie "Ulubione rzeczy". Oto więc przed nami kolejne spotkanie z Lacey Flint.
Wydawałoby się, że po skomplikowanym śledztwie w sprawie rzekomego Kuby Rozpruwacza i po wielkich problemach uczuciowych, Lacey wieść będzie spokojne życie policjantki. Jednak spokój i stagnacja nie są jej pisane. Zostaje przeniesiona do grupy dochodzeniowej, z którą współpracowała przy poprzednim śledztwie i wciągnięta w dość nietypowe dochodzenie.
Cambridge - tym niewielkim miasteczkiem wstrząsa seria samobójstw studentek. Każde samobójstwo wygląda jak dobrze przygotowany i wyreżyserowany spektakl. Widowiskowy spektakl, dodać należy. Ofiar pozornie nic nie łączyło. Pochodziły z różnych środowisk, studiowały różne kierunki, mieszkały w innych domach studenckich. Jednak psychiatra, badająca te przypadki, podejrzewa, że mogą to nie być zwykłe samobójstwa. Lacey będzie musiała wtopić się w tłum studentów i spróbować znaleźć jakiekolwiek powiązania, o ile takowe istnieją, pomiędzy wszystkimi zgonami.Dość szybko dostrzega pewien schemat. Każda z dziewczyn najpierw zaczynała cierpieć na zaburzenia snu, potem pojawiały się omamy słuchowe i węchowe. Na kilka dni przed zgonem znikały na kilkanaście godzin, a po powrocie nie umiały powiedzieć gdzie były i co robiły. Sytuacja komplikuje się, gdy Lacey zaczyna u siebie zauważać podobne objawy. Czy udało jej się uchwycić nitkę prowadzącą do rozwiązania zagadki? Czy może będzie kolejną ofiarą z listy studentów?
Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie spotkanie z Lacey Flint. Niesamowicie sprawnie skonstruowana intryga wciąga czytelnika z siłą czarnej dziury. Całkowicie zaskakujące zakończenie powoduje, że wniwecz idą wszelkie domysły i założenia, jakie sobie stworzymy podczas lektury. Krótkie rozdziały i prosty, jasny język sprawiają, że opowiadana historia tchnie autentycznością.
Zdecydowanie polecam, ale tylko wtedy, gdy ma się dużo czasu przed sobą, bo od tej książki naprawdę nie można się oderwać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)