Jestem wierna. Dlatego, każda nowa pozycja tej autorki musi być przez mnie natychmiast zakupiona. I przeczytana, oczywiście, też, o ile okoliczności i domowa rada nadzorcza pozwoli. Trzymając w dłoniach taką nową książkę odczuwam dreszczyk zaciekawienia i radości. Może ta pozycja to powrót do twórczości Joanny Chmielewskiej jaką pamiętam z dawnych lat? I cóż.... Każda kolejna książka to kolejne rozczarowanie, nie mam jednak zamiaru (przynajmniej na razie) przestać czekać. Może pewnego dnia ...
Człowiek w afekcie zdolny jest do czynów wielkich, tylko, że najczęściej w w efekcie afektu powstaje taka masa komplikacji, która przerasta Himalaje i komplikuje życie wszystkim dokoła. Tak było i tym razem. Pewnego deszczowego popołudnia, na działkach pracowniczych, pewna osoba działając w afekcie popełniła zbrodnię. Następnie porządnie zagrzebała nieboszczyka w kompoście, tak że ludzkie oko nie było w stanie go wypatrzeć. W tymże afekcie pominęła jednak pewien drobny szczegół. Otóż nieboszczykowi brakowało głowy, która w wyniku tegoż afektu została mu odrąbana. Co zresztą było bezpośrednią i jedyną przyczyną jego śmierci. Zagubiona głowa potoczyła się gdzieś w okoliczne chaszcze, a nieboszczyk zaczął użyźniać działkową glebę. I tak przez kilka lat, aż ktoś wpadł na pomysł, aby wyciąć rozrastający się bujnie bambus.Ten opuścić dobrze użyźnionego miejsca nie chciał dobrowolnie, musiano więc użyć środków przymusu, w wyniku czego dogrzebano się do zakopanego głęboko nieboszczyka, aktualnie w charakterze kościotrupa. Szkielet bez głowy wprawił w totalną prostrację Komendę Policji, bo niby jak odtworzyć wygląd denata? Na podstawie kształtu żeber? Ponieważ w naszym kraju popełnia się wiele przestępstw, sprawę szybko odłożona ad acta. Upłynęło znów kilka lat i na pobliskiej działce znaleziono czaszkę, tym razem bez korpusu. Szybko połączono obie sprawy i śledztwo mogło potoczyć się już zgodnie z procedurami, aż do szczęśliwego finału.
Znacie to? Znacie, bo to wszystko już było. I zaginiona głowa, i morderca o dość dziwnej konstrukcji psychicznej, i nawet poszukiwanie rozproszonego mienia przodków. A taką miałam nadzieję na coś nowego, choć w dawnym stylu, bez tasiemcowych wspomnień bohaterów i historii sięgającej piątego pokolenia. Bez zawikłanych i zawoalowanych odnośników do PRL - u, których młodsze pokolenie pewnie w ogóle nie zrozumie. Zbyt wiele słów, mało akcji to kwintesencja tej książki. Cóż, będę czekać dalej.
środa, 11 września 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
"Ratując ryby od utonięcia" Amy Tan
Tytuł oryginału: "Saving Fish From Drowning"
Czy wiecie gdzie znajduje się państwo Myanmar? Myślę, że spora część z Was nie wie ( ja także do niedawna nie wiedziałam). To może prościej. Czy wiecie gdzie leży Birma? Zakładam, że większości przynajmniej nazwa obiła się o uszy. A przecież Myanmar i Birma to ten sam kraj, położony w Azji Południowo - Wschodniej. Rządząca tym państwem do 2011 roku Junta wojskowa zmieniła w 1989 roku starą nazwę na nową. Nowa wersja jednak się nie przyjęła i większość krajów nadal używa starego nazewnictwa. A więc, czy wiecie coś o Birmie? Jeżeli nie wiecie nic lub macie skromny zasób informacji o tym zakątku świata, to oto przed Wami książka, która przybliży Wam ten kraj i ludzi, którzy go zamieszkują.
Po nieoczekiwanej i dość dziwacznej śmierci Bibi Chen, organizowana przez nią wyprawa do Chin i Birmy staje pod znakiem zapytania. Bibi miała być kierownikiem wycieczki, pilotem i przewodnikiem równocześnie, bez niej więc ekspedycja nie ma większych szans na powodzenie. Jednak na przekór rozsądkowi uczestnicy a zarazem bliscy przyjaciele Bibi postanawiają wyruszyć i dokładnie zrealizować zaplanowany przez zmarłą przyjaciółkę harmonogram. Tym samym wkraczają na ścieżkę, która poprzez rozliczne perypetie doprowadzi do ich tajemniczego zniknięcia w mgle unoszącej się nad jeziorem Inle. I nagle okaże się, że dobre chęci, dolary i amerykański paszport to nie zawsze najlepsza rekomendacja. A klątwa rzucona przez naczelnika ludu Bai sięga daleko poza granice Chin.
"Ratując ryby od utonięcia" to powieść rozgrywająca się w dwóch warstwach sytuacyjnych. Pierwsza jest bardzo mocno osadzona w rzeczywistości i realiach pokazywanych krajów. Druga, czysta metafizyka. Warstwy te przenikają się i uzupełniają wzajemnie tworząc niesamowitą mieszankę. Czytelnikowi trudno oddzielić co jest fikcją literacką a co rzeczywistością. Tym samym autorka skłania czytelnika do sięgnięcia po inne źródła w celu zweryfikowania przedstawianych wydarzeń, miejsc, ludzi. I chyba to właśnie było głównym celem Amy Tan, gdyż szukając wchodzimy coraz głębiej w świat okrutnego reżimu i wielkich krzywd, które wyrządził. A to budzi w nas sprzeciw, współczucie i chęć pomocy. I każdy już wie, że Myanmar to dawna Birma, bo można zmienić nazwę, ale nie da się ukryć i nie da się zapomnieć wyrządzonych, niewinnym ludziom, krzywd.
wtorek, 20 sierpnia 2013
"Rewolucja mrówek" Bernard Werber
Tytuł oryginału: "La Revolution Des Fourmis"
Oto przed nami kolejna, ostatnia już, część mrówczej trylogii. Czekają nas spotkania z nowymi i dawnym bohaterami, pojawią się nowe wątki, a stare doczekają kontynuacji. Wszystko to doprowadzi do finału, przewidywalnego końca, który tak naprawdę niczego nie zakończy.
Julie Pinson, w wyniku dziwnego splotu wypadków, staje się właścicielką trzeciego tomu "Encyklopedii wiedzy względnej i absolutnej" Edmunda Wellsa. Wraz z grupą przyjaciół i zwolenników postanawia wprowadzić w życie zawarte w encyklopedii wskazówki. Wspólnie zajmują liceum w Fontaineblau i na jego terenie tworzą coś w rodzaju mrowiska. Każdy członek grupy ma swoje obowiązki i prawa, każdy musi pracować na rzecz całej społeczności. Mrówcza idea dość szybko przyjmuje się w skomercjalizowanym świecie, znajdują się naśladowcy i wkrótce na całym globie powstają kolejne ludzkie mrowiska.
Natomiast prawdziwe mrówki wyruszają z następną krucjatą przeciwko Palcom. Chcą powstrzymać nas przed stopniowym zniszczeniem lasu Fontaineblau. Przywódczynią krucjaty jest znana z poprzednich części, teraz już przeobrażona, księżniczka 103. Nieuchronnie musi więc dojść do konfrontacji. O ile mrówkom i ich zwolennikom udaje się osiągnąć konsensus i zaakceptować inność drugiej strony, o tyle rewolucja zapoczątkowana przez licealistów nie znajduje zrozumienia nawet wśród ich własnego gatunku. Następuje pacyfikacja liceum, a przywódcy buntu muszą uciekać. Nie mając innego wyjścia podążają za tajemniczą pszczołą.
Trudno jednoznacznie powiedzieć o czym jest ta książka. Odpowiedź oczywista, o mrówkach, jest powierzchowna i niedokładna. Więc o czym? Tak naprawdę o nas, ludziach. O naszej niedoskonałej naturze, bezmyślności, braku tolerancji dla odmienności, ale także o twórczym i kreatywnym myśleniu, umiejętności wyciągania wniosków i uczenia się na błędach. W porównaniu z mrówkami jesteśmy bardzo niedoskonali, ale to dopiero początek naszej drogi na Ziemi. Wszystko przed nami, jeśli wykorzystamy wszystkie nasze atuty, to za parę tysięcy lat możemy stać się ludzkimi mrówkami. Kusząca perspektywa, czyż nie?
czwartek, 11 lipca 2013
"Studnia bez dnia" Katarzyna Enerlich
Ta autorka kojarzy nam się przede wszystkim z Mazurami. To świat, w którym, jak się wydaje, czuje się najlepiej. A jednak tym razem jest inaczej i wspólnie odkrywamy nieznane zakątki miasta, z którego, co prawda, na Mazury jest niedaleko, ale to zupełnie inny świat, inny klimat i inni ludzie. Czas na Toruń.
Marcelina, przypadkiem staje się świadkiem, a właściwie słuchaczem, zdrady swojego męża. Kiedy szykuje się do decydującej rozmowy z nim, ginie on w wypadku samochodowym. To wydarzenie zapoczątkowuje szereg istotnych zmian w jej życiu. Ze względów materialnych musi opuścić dotychczasowe mieszkanie, rozejrzeć się za dodatkową pracą i od nowa budować swoje życie.To dość wiele wyzwań, jak dla kobiety po przejściach. Jednak koleje zdarzeń są nieprzewidywalne, a po złych chwilach (najczęściej, choć nie zawsze) przychodzą dobre dni. Marcelina przypadkiem zostaje zatrudniona jako sprzedawca lokalnych pamiątek. Jej pracodawca, Tadeusz, ma pracownię w jednej ze starych kamieniczek obok rynku. I właśnie w tej pracowni w życie Marceliny, za pośrednictwem zapachu ogórków i dziwnych wydarzeń paranormalnych, wkroczył Martinus, siedemnastowieczny gdański kupiec. Jego ingerencja była na tyle mocna, że dzięki niej udało się pozałatwiać całe mnóstwo spraw i wprowadzić życie głównej bohaterki na właściwe tory. Wszytko więc kończy się happy endem. Czegóż chcieć więcej od ducha?
Lubię twórczość Katarzyny Enerlich nie tylko za niesamowity klimat, który umiejętnie buduje w swoich książkach, ale przede wszystkim za to, że choć opowiadane historie są zmyślone, to jednak zawsze, w jakiś sposób oparte na prawdziwych wydarzeniach. Tak było i tym razem. Martinus istniał naprawdę. A do dnia dzisiejszego przetrwała po nim opowieść o tajemniczym pierścieniu i sygnowana przez niego modrzewiowa belka. A tę możecie zobaczyć na jednej z fotografii, którymi książka została wzbogacona. Jeśli zaś wakacyjne drogi zawiodą Was do Torunia, to może uda się Wam zobaczyć ją w naturze. W każdym razie książkę polecam.
Marcelina, przypadkiem staje się świadkiem, a właściwie słuchaczem, zdrady swojego męża. Kiedy szykuje się do decydującej rozmowy z nim, ginie on w wypadku samochodowym. To wydarzenie zapoczątkowuje szereg istotnych zmian w jej życiu. Ze względów materialnych musi opuścić dotychczasowe mieszkanie, rozejrzeć się za dodatkową pracą i od nowa budować swoje życie.To dość wiele wyzwań, jak dla kobiety po przejściach. Jednak koleje zdarzeń są nieprzewidywalne, a po złych chwilach (najczęściej, choć nie zawsze) przychodzą dobre dni. Marcelina przypadkiem zostaje zatrudniona jako sprzedawca lokalnych pamiątek. Jej pracodawca, Tadeusz, ma pracownię w jednej ze starych kamieniczek obok rynku. I właśnie w tej pracowni w życie Marceliny, za pośrednictwem zapachu ogórków i dziwnych wydarzeń paranormalnych, wkroczył Martinus, siedemnastowieczny gdański kupiec. Jego ingerencja była na tyle mocna, że dzięki niej udało się pozałatwiać całe mnóstwo spraw i wprowadzić życie głównej bohaterki na właściwe tory. Wszytko więc kończy się happy endem. Czegóż chcieć więcej od ducha?
Lubię twórczość Katarzyny Enerlich nie tylko za niesamowity klimat, który umiejętnie buduje w swoich książkach, ale przede wszystkim za to, że choć opowiadane historie są zmyślone, to jednak zawsze, w jakiś sposób oparte na prawdziwych wydarzeniach. Tak było i tym razem. Martinus istniał naprawdę. A do dnia dzisiejszego przetrwała po nim opowieść o tajemniczym pierścieniu i sygnowana przez niego modrzewiowa belka. A tę możecie zobaczyć na jednej z fotografii, którymi książka została wzbogacona. Jeśli zaś wakacyjne drogi zawiodą Was do Torunia, to może uda się Wam zobaczyć ją w naturze. W każdym razie książkę polecam.
środa, 3 lipca 2013
"Był taki świat...." Halina Donimirska - Szyrmerowa
Był także taki świat, odgrodzony kordonem, odcięty od Polski, gnębiony i poniżany, ale wierny i niepoddający się nieustannej presji niemieckiej. Walczący o zachowanie własnej tożsamości, o każdy skrawek ziemi i każdy polski dom. Był także taki świat, gdzie polskość to nie puste słowa, a wierność utraconej ojczyźnie to najważniejszy obowiązek. Był taki świat.....
Mało wiemy o życiu ziemiaństwa polskiego za kordonem. Pojęcie ziemiaństwa kojarzy nam się najczęściej z Mazowszem, Litwą, a nie z Prusami. A jednak i tam były polskie dwory i dworki, polskie wsie, szkoły i parafie. W wyniku zawirowań historycznych odcięte od Polski walczyły wytrwale o przetrwanie. W takim właśnie dworze w Czerninie przyszła na świat autorka książki. Rodzina Donimirskich była głęboko zaangażowana we wszystkie podejmowane działania mające na celu ponowne włączenie tych ziem do Polski. Mała Helenka od najwcześniejszych lat przysłuchiwała się rozmowom starszych. Podsłuchane opowieści, plany i zamiary stanowiły dobre podwaliny do dalszego patriotycznego rozwoju.
Jednak nie tylko sprawami wzniosłymi żył dwór w Czerninie. Obok toczyło się zwyczajne życie. Bliższa i dalsza rodzina powiększała się, dzieci rosły, należało do ich zwiększonych potrzeb dostosować dom i od nowa zorganizować życie,uregulować zaległe sprawy rodzinne, wpaść z wizytą do sąsiadów. Jednak ten dobry, spokojny czas nie trwał zbyt długo. Sfałszowane wyniki plebiscytu to dopiero zapowiedź kłopotów. Wojna, która wkrótce się rozpoczęła rozdzieliła rodzeństwo. Każde z nich samodzielnie, z daleka od rodziny musiało sobie radzić z wojenną codziennością. Brak wiadomości o aresztowanych przez Niemców rodzicach był dodatkowym ciężarem. Jednak udało im się przetrwać.
"Był taki świat...." to przede wszystkim opowieść o rodzinie, ale nie tylko. Mamy szansę wniknąć w mało znany świat polskich dworów w Prusach Wschodnich. Trochę odmienne obyczaje, inaczej obchodzone święta i ważne uroczystości domowe, troszkę inne funkcjonowanie samego dworu. Zupełnie inne spojrzenie na Polskę międzywojenną, która dość po macoszemu obchodziła się z Polakami zza kordonu.
To wszystko sprawia, że książka ta jest unikalnym świadectwem tamtego czasu i tamtych miejsc.
Mało wiemy o życiu ziemiaństwa polskiego za kordonem. Pojęcie ziemiaństwa kojarzy nam się najczęściej z Mazowszem, Litwą, a nie z Prusami. A jednak i tam były polskie dwory i dworki, polskie wsie, szkoły i parafie. W wyniku zawirowań historycznych odcięte od Polski walczyły wytrwale o przetrwanie. W takim właśnie dworze w Czerninie przyszła na świat autorka książki. Rodzina Donimirskich była głęboko zaangażowana we wszystkie podejmowane działania mające na celu ponowne włączenie tych ziem do Polski. Mała Helenka od najwcześniejszych lat przysłuchiwała się rozmowom starszych. Podsłuchane opowieści, plany i zamiary stanowiły dobre podwaliny do dalszego patriotycznego rozwoju.
Jednak nie tylko sprawami wzniosłymi żył dwór w Czerninie. Obok toczyło się zwyczajne życie. Bliższa i dalsza rodzina powiększała się, dzieci rosły, należało do ich zwiększonych potrzeb dostosować dom i od nowa zorganizować życie,uregulować zaległe sprawy rodzinne, wpaść z wizytą do sąsiadów. Jednak ten dobry, spokojny czas nie trwał zbyt długo. Sfałszowane wyniki plebiscytu to dopiero zapowiedź kłopotów. Wojna, która wkrótce się rozpoczęła rozdzieliła rodzeństwo. Każde z nich samodzielnie, z daleka od rodziny musiało sobie radzić z wojenną codziennością. Brak wiadomości o aresztowanych przez Niemców rodzicach był dodatkowym ciężarem. Jednak udało im się przetrwać.
"Był taki świat...." to przede wszystkim opowieść o rodzinie, ale nie tylko. Mamy szansę wniknąć w mało znany świat polskich dworów w Prusach Wschodnich. Trochę odmienne obyczaje, inaczej obchodzone święta i ważne uroczystości domowe, troszkę inne funkcjonowanie samego dworu. Zupełnie inne spojrzenie na Polskę międzywojenną, która dość po macoszemu obchodziła się z Polakami zza kordonu.
To wszystko sprawia, że książka ta jest unikalnym świadectwem tamtego czasu i tamtych miejsc.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
"Wspomnienia z Turwi" Krzysztof Morawski
Coraz rzadziej trafiają mi się takie gratki jak "Wspomnienia z Turwi" Krzysztofa Morawskiego. Czasami jednak los sprzyja i mnie. Po przemeblowaniu w jednej z bibliotek, nagle na front wyskoczył regał z biografiami, do którego wcześniej dostęp był więcej niż ograniczony, gdyż nie było go wcale. Z ochotą i nadzieją rzuciłam się na stare, zapomniane książki i tym sposobem odkryłam tę perełkę ( ostatnie wypożyczenie rok 1995 ).
Turew ( dawniej Turwia ) to olbrzymi majątek magnacki położony w Wielkopolsce, w powiecie kościańskim. Od roku 1730 aż do czasów II wojny światowej należał do jednej rodziny, Chłapowskich. Po wojnie majątek wraz z pałacem przejął miejscowy PGR. W chwili obecnej w dawnym pałacu Chłapowskich ma swoją siedzibę Stacja Badawcza PAN.
O dziejach pałacu opowiada nam ostatni, przedwojenny właściciel Turwi, Krzysztof Morawski. Odtworzył on historię pałacu na podstawie dość dobrze zachowanego archiwum rodzinnego, listów i usłyszanych od krewnych opowieści rodzinnych. Mamy więc niepowtarzalną możliwość przyjrzenia się, jak na przestrzeni dwóch wieków zmieniał się dom, jego otoczenie oraz ludzie, którzy w Turwi mieszkali. A byli to ludzie niezwykli, brali udział w wielkich wydarzeniach historycznych i mieli istotny wpływ na bieg historii.
Szczególnym przedstawicielem rodu Chłapowskich jest Dezydery Chłapowski. Był adiutantem Dąbrowskiego, oficerem napoleońskim, brał udział w konspiracyjnej pracy, mającej na celu ochronę polskości na ziemi wielkopolskiej. Jednak zawsze wracał do Turwi. Tutaj stał się prekursorem zupełnie nowego sposobu zarządzania majątkiem. Wprowadzana przez niego innowacyjna gospodarka nie tylko spowodowała znaczący wzrost wartości całego majątku, ale także była chętnie podpatrywana przez okolicznych ziemian, co miało istotne przełożenie na poziom sztuki agrarnej w całym powiecie. Kolejne pokolenia, o ile pozwalała na to sytuacja, podtrzymywały wprowadzone zmiany starając się zachować osiągnięty już, wysoki poziom rozwoju gospodarczego.
Nadchodzą wakacje, więc może uda mi się wpaść do Turwi. Chcę zwiedzić pałac, pospacerować po parku, stanąć twarzą w twarz ze wspaniałym dębem Dezyderym. Was także zapraszam, ale najpierw przeczytajcie książkę. W niektórych bibliotekach jeszcze można ją odnaleźć.
wtorek, 11 czerwca 2013
"Karuzela samobójczyń" S.J. Bolton
Tytuł oryginału: " Dead Scared"
Czasem bywa tak, że debiut jest udany, ale kolejne pozycje nie trzymają już tego samego poziomu. Nie tym razem jednak, nie w przypadku S.J. Bolton. Kontynuacja jest równie dobra, a może nawet lepsza niż debiutanckie "Ulubione rzeczy". Oto więc przed nami kolejne spotkanie z Lacey Flint.
Wydawałoby się, że po skomplikowanym śledztwie w sprawie rzekomego Kuby Rozpruwacza i po wielkich problemach uczuciowych, Lacey wieść będzie spokojne życie policjantki. Jednak spokój i stagnacja nie są jej pisane. Zostaje przeniesiona do grupy dochodzeniowej, z którą współpracowała przy poprzednim śledztwie i wciągnięta w dość nietypowe dochodzenie.
Cambridge - tym niewielkim miasteczkiem wstrząsa seria samobójstw studentek. Każde samobójstwo wygląda jak dobrze przygotowany i wyreżyserowany spektakl. Widowiskowy spektakl, dodać należy. Ofiar pozornie nic nie łączyło. Pochodziły z różnych środowisk, studiowały różne kierunki, mieszkały w innych domach studenckich. Jednak psychiatra, badająca te przypadki, podejrzewa, że mogą to nie być zwykłe samobójstwa. Lacey będzie musiała wtopić się w tłum studentów i spróbować znaleźć jakiekolwiek powiązania, o ile takowe istnieją, pomiędzy wszystkimi zgonami.Dość szybko dostrzega pewien schemat. Każda z dziewczyn najpierw zaczynała cierpieć na zaburzenia snu, potem pojawiały się omamy słuchowe i węchowe. Na kilka dni przed zgonem znikały na kilkanaście godzin, a po powrocie nie umiały powiedzieć gdzie były i co robiły. Sytuacja komplikuje się, gdy Lacey zaczyna u siebie zauważać podobne objawy. Czy udało jej się uchwycić nitkę prowadzącą do rozwiązania zagadki? Czy może będzie kolejną ofiarą z listy studentów?
Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie spotkanie z Lacey Flint. Niesamowicie sprawnie skonstruowana intryga wciąga czytelnika z siłą czarnej dziury. Całkowicie zaskakujące zakończenie powoduje, że wniwecz idą wszelkie domysły i założenia, jakie sobie stworzymy podczas lektury. Krótkie rozdziały i prosty, jasny język sprawiają, że opowiadana historia tchnie autentycznością.
Zdecydowanie polecam, ale tylko wtedy, gdy ma się dużo czasu przed sobą, bo od tej książki naprawdę nie można się oderwać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)